Kowalski nie istnieje. Nie zarabiamy po 4 tys. zł

Główny Urząd Statystyczny wylicza średnie wynagrodzenie zgodnie z europejskimi standardami. Problem w tym, że rezultat tych wyliczeń nic nie znaczy. Kowalski nie zarabia czterech tysięcy.

W pierwszym kwartale 2015 r. średnie miesięczne wynagrodzenie według danych Głównego Urzędu Statystycznego wyniosło 4053 zł z groszami (dane: stat.gov.pl). To oczywiście kwota brutto, a zatem w kieszeni Kowalskiego pozostawało 2895 zł. Jak liczona jest ta kwota?


Po pierwsze, GUS wylicza średnią. W przypadku płac, których rozkład nie jest normalny (niskich pensji jest znacznie więcej niż pensji bardzo wysokich), średnia niedokładnie oddaje stan faktyczny. Lepszym reprezentantem byłaby mediana, czyli wartość środkowa. Problem w tym, że GUS wylicza medianę zarobków co dwa lata i publikuje z dużym opóźnieniem, podczas gdy średnia podawana jest co miesiąc. Ostatnia mediana została opublikowana pod koniec 2013 r. i dotyczyła października roku poprzedniego. Wówczas mediana zarobków w Polsce wynosiła 3115,11 zł (50 proc. pracujących Polaków zarabiało poniżej, a drugie 50 – powyżej tej kwoty). W tym samym czasie średnia wyniosła 3895,72 zł, a najczęściej otrzymywaną pensją była kwota 2189,11 zł brutto (dane: stat.gov.pl). Warto również wiedzieć, że 66 proc. zatrudnionych zarabiało wówczas poniżej średniej.

Po drugie, problemem z comiesięcznymi publikacjami GUS-u dotyczącymi zarobków nie są tylko wyliczanie średniej i podawanie kwoty brutto. Kłopotliwy jest też zasięg badania. Otóż GUS w swych wyliczeniach bierze pod uwagę jedynie osoby zatrudnione na umowach o pracę. A te, według badania „Diagnoza Społeczna”, stanowią niecałe 75 proc. wszystkich zatrudnionych (ce.vizja.pl). Zasięg badania pomniejsza dodatkowo fakt, że pod uwagę brani są pracujący w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej dziesięć osób. Pomijani są również pracownicy administracji publicznej. Takim sposobem wyliczenia GUS dotyczące średnich zarobków dotyczą około 35 proc. wszystkich pracujących.

W badaniach statystycznych reprezentatywna próba tysiąca osób daje bardzo zadowalające rezultaty - tysiąc osób może być reprezentantem znacznie większej grupy (nawet wszystkich obywateli danego kraju). Ale czy klucz wybrany przez GUS jest odpowiedni? Czy ludzie pracujący na umowach o pracę w przedsiębiorstwach zatrudniających dziesięć i więcej osób mogą reprezentować również "zleceniowców" czy wykonujących dzieła na tzw. umowach śmieciowych? Pamiętajmy, że ci ostatni, chcąc być ubezpieczonymi, muszą odprowadzać składki na własny rachunek, a zatem ich realny przychód jest każdego miesiąca dodatkowo pomniejszany.

Średnia coraz bardziej reprezentatywna?
Podstawową wadą średniej jest fakt, że nie uwzględnia ona rozkładu danych. W przypadku zarobków – jak wcześniej wspomniano – rozkład ten nie jest normalny – niewielka grupa najlepiej zarabiających może wyraźnie wpłynąć na całą średnią. Jednak według Eurostatu dystrybucja dochodów w Polsce jest coraz bardziej „sprawiedliwa”, a zatem średniej coraz bliżej do rzeczywistości. Ale to nieprawda.

W ekonometrii nierówności w dystrybucji dochodów mierzy się współczynnikiem Giniego, potocznie zwanym Wskaźnikiem Nierówności Społecznej. Nierówności wyrażane są skalą od 0 do 100, gdzie 0 oznacza, że wszyscy uzyskują takie same dochody, a 100, że jedno gospodarstwo gromadzi cały dochód danego kraju. Eurostat zaczął mierzyć współczynnik Giniego w Polsce w 2005 r. Wówczas osiągnęliśmy wynik 35,6. Do 2012 r. obniżył się on do poziomu 30,9. Wynika z tego, że nierówności maleją, a zatem podawana przez GUS średnia jest coraz bliższa rzeczywistości. Fakty są jednak nieco inne i widać je w statystykach... GUS-u. Z badania "Budżety gospodarstw domowych" wynika, że współczynnik Giniego w latach 2005-2012 spadł jedynie symbolicznie – z 34,5 do 33,8. Wniosek? Średnia wciąż – niezmiennie – nie oddaje stanu faktycznego. Kowalski nie zarabia czterech tysięcy.
Trwa ładowanie komentarzy...